Archiwum dla Lipiec, 2009

Dwie śmierci Travisa Bickle

Posted in Uncategorized on Lipiec 29, 2009 by tombardamu

w tym rozdziale: Zstąpienie Travisa Bickle do piekła * Kobiety nie dają wyzwolenia * Małe dzieci jak najbardziej * Hurra! Świat się skończył. Ale skończył się pozytywnie

w tym rozdziale nie będzie: Tytułu filmu, bo wszyscy znają * Gnostycki paraleli, bo mi się nie chce Hansa Jonasa czytać jeszcze raz


Travis Bickle nie żyje. Umarł dwukrotnie, choć żaden z was tego pierwszego razu nie widział. Jeszcze zanim przez chmurę dymu przejeżdża taksówka Harona i pojawią się napisy początkowe. Oczy Bicklego obserwują kolejne kręgi piekła, aż w końcu on sam wyłania się z chmury dymu, wchodząc do siedziby przedsiębiorstwa taksówkowego by prosić o pracę. Możemy tylko spekulować skąd pochodzi dym. Acz wspominany później parokroć Wietnam, Ragnarok amerykańskiej mitologii, wydaje się być bezpiecznym założeniem. Tak więc cały świat uległ zagładzie, a Nowy York połowy lat 70tych jest tego świata piekłem.
Martwi nie jedzą i nie piją. Nie odczuwają ziemskich potrzeb. We „Wniebowstąpieniu” Konwickiego główny bohater nie może przez całą noc się upić, Bickle nie może spać. Miota się, obserwuje. Taksówka okazuje się być czymś co daje rozpoznanie sytuacji ale nie daje strategii wyzwolenia. Bickle wie w co go wrzucona ale nie wie jak stamtąd się wydobyć.
Wpierw szuka zbawienia u pięknej Betsy, pochodzącej najwyraźniej ze sfery niebiańskiej. Oddzielonej od przeklętych grubym szkłem, a później kordonami ludzi. Jednak Betsy należy do porządku świata. Bickle jest przeklęty. Jego stan nie może wywołać u anielskiego stworzenia niczego poza obrzydzeniem.
Okazuje się, że granie według reguł nie oferuje wyjścia z sytuacji. „Porzućcie nadzieje” głosi napis nad wrotami Dantego. Taksówkarz o imieniu Wizard oznajmia to Bicklemu wprost. Nasz bohater powoli dochodzi do nieuchronnej konkluzji, że wyjście z sytuacji wymaga czegoś desperackiego. Uśmiercenie senatora Palantine – postaci transcendentnej wobec całego otaczającego go świata, niemalże boskiej – wydaje się być rozwiązaniem. Jego oblicze i nazwisko bez przerwy pojawia się na transparentach, naklejkach, ekranie telewizora. Jednocześnie gdy widzimy go samego przez większość czasu jest odwrócony, zasłonięty bądź sfilmowany tak, że nie widzimy jego twarzy. Deus absconditus, Bóg ukryty. W krótkiej rozmowie z Travisem mówi mu, że zbawienie musi potrwać. Ale jak łatwiej zlikwidować piekło niż przez zdetronizowanie Boga, obalenie porządku świata?
W tym samym czasie Bickle natrafia na ostatni krąg. Lucyferyczny alfons Sport więzi nieletnią Iris (tutaj tropy nie są aż tak enigmatyczne, długie czarne włosy, pierścienie na palcu, pojedynczy długi i pomalowany na czerwono paznokieć, oraz klimatyczna scena kuszenia kłamstwami dziecka nie pozostawiają wątpliwości, że mamy tu do czynienia z wcieleniem Księcia Ciemności).

Bickle zdobywa w końcu manę – trzy pistolety zakupione u tajemniczego handlarza. Przywdziewa zbroje i rusza by dokonać rzeczy wielkich. Akt bogobójstwa nie dochodzi do skutku. Czy z tchórzostwa i braku determinacji? Betsy mówi, że Bickle jest człowiekiem pełnym sprzeczności. A może po prostu plan nie miał szans realizacji? Bickle który miałby bać się Boga, zamiast konfrontacji z nim wybiera konfrontacje z Szatanem. Schodzi w najniższy krąg piekła by ocalić pojedynczą duszę, a po drodze poświęcić swoje życie.
I to jest druga śmierć Travisa Bickle. Akt chrystusowy, poświęcenie życia dla odkupienia innego (porównanie w chuj wytarte ale jak najbardziej zasadne). Kamera odjeżdża z pokrwawionej twarzy Bickle’a, pokazuje pole bitwy, Lucyfera pokonanego, a następnie „zgorszenie wśród Żydów i pogan”.

I tak jak przy pierwszym ukrzyżowaniu – porządek świata zostaje zachwiany, piekło zostaje odkupione z rąk sił ciemności. Stary świat znika – widzimy świat nowy który jest takim jaki powinien być. Pełna podziwu Betsy (już wewnątrz jego świata, nie poza nim) przyznaje Bickleyowi, że Palantine wygrał prawybory.

***

Posted in Uncategorized on Lipiec 21, 2009 by tombardamu


Organizuję blokadę centrum Warszawy w obronie mojego miejsca pracy. Chciałem zaznaczyć, że jestem w 100% Polakiem, moje usługi stanowią alternatywę dla zagranicznego kapitału, ponadto jestem zbyt nieudolny żeby zdobyć nowe, równie dobre, zatrudnienie więc wszystkie możliwe propozycje pracy będą gorzej płatne. Zapraszam. Mile widziane media i małe dzieci.

Na marginesie

Posted in Uncategorized on Lipiec 19, 2009 by tombardamu

„[Kołakowski] dopiero po lekturach, m.in. Orwella, doszedł do wniosku, że komunizm w wydaniu sowieckim to okropna doktryna”  Rzeczpospolita

Da się być bardziej odrealnionym?

Ogólna teoria wszystkiego w jednym poście, czyli: Granda! Czy on chce nas zanudzić?

Posted in Uncategorized on Lipiec 18, 2009 by tombardamu

W tym rozdziale: Niech żyje telewizja! * Suspens! Scooby Doo demaskuje Agathe Christie! * Suspens sięga zenitu! Homoseksualny seryjny morderca zamieszkuje Baker Street wraz ze swym kochankiem i dziewczyną … oraz prawdopodobnie Batmanem! * Nie ma suspensu są nudy: o uniwersach i kanonach *  Czy Wokulski mieszkał na Krakowskim Przedmieściu? * W butach bohatera powieści * Świat jako sygnał * Tytuł wyjaśniony


Z racji specyfiki tego strasznego postu polecam wpierw obejrzenie dramatycznego susła

Jeden z moich ulubionych (w wieloznacznym sensie) felietonistów, Jacek Kwieciński, oznajmił niedawno, że telewizja jest ogłupiaczem. (nie żeby był szczególnie odosobniony w tej opinii, nie posiadanie telewizora jest zdaje się dość modnym trendem, jednak nigdy nie mogę sobie odmówić pojechania akurat po Jacku Kwiecińskim. tak! o Jacku Kwiecińskim będzie na blogu więcej), że szum informacyjny, że coś tam. Jak w 90% tematów nie zgadzam się z nim tu w pełnej rozciągłości i jak zwykle muszę stwierdzić, że gada dyrdymały o rzeczach o których nie ma pojęcia. Więcej powiem – dzięki Bogu za telewizje! Dzięki Bogu za szum informacyjny! Dzięki Bogu, że żyjemy w dzisiejszych czasach. KOD nigdy nie był bogatszy.
Oglądałem dzisiaj Scooby Doo. Scooby Doo jest skarbnicą fantastycznych absurdów, kiepskich dowcipów i banalnych błędów w sztuce. Z najprostszych rzeczy – ile przypadków możecie sobie wyobrazić by przestępca zmuszony był udawać postać z horroru by zrealizować swoje niecne plany? W jednym odcinku bandyci rezydują w mieszkaniu w niezwykle wysokim wieżowcu. Dzięki specjalnej lunecie (działającej najwyraźniej jak bardziej skuteczny noktowizor) podglądają ludzi w innych mieszkaniach zamykających swoje sejfy. Później już tylko najprostsza część – włamanie się do lokalu i siup! Łupy nasze. Kiedy jednak lokalna firma zaczyna budować wieżowiec przed budynkiem szajki nie pozostaje nic innego jak przebrać się za wampira i wystraszyć robotników. Niech Monty Python przebije to!

Fascynujący jest efekt jaki w serialu mają przebrania. Bandyta przebrany niemalże automatycznie swoim pojawieniem wywołuje popłoch. Bohaterowie uciekają, bandyta ich goni, choć zagrożenie jakie nieść miałoby bezpośrednie spotkanie nigdy nie jest nawet zasygnalizowane. Nawet gdy Scooby i spółka wiedzą już, że nie mają do czynienia ze stworzeniem supernaturalnym w dalszym ciągu przed nim uciekają. Efekt automatycznie pryska gdy maska zostaje zdjęta. Nagle ścigający staje się ściganym. Schwytany stoi potulnie w oczekiwaniu na przyjazd policji. Przypomina to trochę motyw Malenezyjskich masek rytualnych, gdzie człowiek w masce nie gra roli bóstwa ale jest tym bóstwem. W całej jaskrawości widać tu ten trywializm który jest istotą słabości klasycznego brytyjskiego kryminału (tzw. „whodunit’ów”) – ostatecznie ten kto zabił to inna osoba niż ta którą chwyta detektyw. Owszem, tłumaczy nam się, że jest to ta sama osoba. W wersjach filmowych możemy nawet często zobaczyć zbrodnie w jej wykonaniu. Ale sama istota gatunku decyduje, że to nie ona. Prawdziwym mordercą jest tu człowiek bez twarzy, everyman, bez szczególnych cech psychologicznych. Definiuje go pewien schemat, możliwych motywów i metod. A schwytany jest po prostu kimś kto okazuje się do tego schematu pasować (Brian Aldiss miał twierdzić, że Agatha Christie pisząc swoje książki winnego wymyślała dopiero pod sam koniec).
Docieramy tu do istoty problemu – kim jest bohater książki, bohater powieści, bohater komiksu? Arthur Conan Doyle napisał 56 opowiadań i 4 powieści o Sherlocku Holmesie, umiejscowione w Anglii swoich czasów. Po jego śmierci ilość dzieł w których pojawiał się Holmes poszła w setki. Żeby było ciekawiej, w którymś momencie Doyle, zmęczony groszową literaturą uśmiercił swojego bohatera w opowiadaniu „Ostatnia Zagadka”, tylko po to by jakiś czas później z braków finansowych go, niczym Łazarza, wskrzesić, dając początek teorii o tym, że Holmes przed rzeczonym opowiadaniem i po nim to dwie różne osoby (tak! Ludzie miewają takie teorie). W wyniku tego mamy postać która żyje w Londynie przełomu XIX i XX wieku, spotyka się z osobami które nie istniały i bierze udział w wydarzeniach które nigdy nie miały miejsca, co więcej przytrafiają mu się różne wydarzenia których nijak nie można ze sobą pogodzić. Raz jest gejem, raz chłopakiem Ireny Adler, raz Moriartym, raz jego zabójcą. Kim jest Holmes? Problem sprowadza się do odpowiedzi na parę pytań:

1. Czy Holmes mieszkał na Baker Street?
2. Czy Holmes był najbliższym przyjacielem doktora Watsona?
3. Czy Holmes był Kubą Rozpruwaczem?
4. Czy Holmes spotkał Batmana?
5. Czy Holmesa z Watsonem łączył romans?

Schemat tych pytań wygląda następująco:

Pytanie 1. jest pytaniem o relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a prawdziwym (Baker Street)
Pytanie 2. jest pytaniem o relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Watson)
Pytanie 3. jest pytaniem o relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a prawdziwym (Kuba Rozpruwacz)
Pytanie 4. jest pytaniem o relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Batman)
Pytanie 5. jest pytaniem o relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Watson)

Żeby skomplikować sprawę wprowadźmy pojęcie kanonu. Kanonem nazywać będziemy utwór, bądź zbiór utworów co do których istnieje powszechny konsensus, że fakty o danym bohaterze w nim zawarte są prawdziwe. Tak więc kanonem dla Hamleta będzie „Hamlet” Szekspira. Popularna seria komiksowa „Cerebrus Tha Aardvark” będzie kanoniczna dla głównego bohatera ale nie będzie już dla występującej w nim w epizodzie Czerwonej Sonii (bohaterki Roberta E. Howarda). Generalnie, jako zasadę, można przyjąć, że kanon to dzieło jednego autora – twórcy postaci. Acz należy pamiętać, że wyjątki nie są rzadkie. Choćby w amerykańskim przemyśle komiksowym gdzie bohater jest, zarówno legalnie jak i w oczach czytelników, własnością wydawcy, nie autora. W tą czy w tamtą, nasz bardziej skomplikowany schemat wygląda w sposób następujący:

Pytanie 1. jest pytaniem o kanoniczną relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a prawdziwym (Baker Street)
Pytanie 2. jest pytaniem o kanoniczną relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Watson)
Pytanie 3. jest pytaniem o niekanoniczną relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a prawdziwym (Kuba Rozpruwacz)
Pytanie 4. jest pytaniem o niekanoniczną relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Batman)
Pytanie 5. jest pytaniem o spekulowaną relacje między przedmiotem fikcyjnym (Holmes) a fikcyjnym (Watson)

Pytanie 5. jest o tyle specyficzne, że odpowiedź jednoznaczna jest nam dawana przez niektóre dzieła niekanoniczne ale generalnie jest to kwestia tego co dzieje się niejako poza sceną dzieł kanonicznych. Kwestia o tyle interesująca, że często umieszczenie „poza sceną” i pozostawienie domysłowi odbiorcy zdarzenia, relacji czy nawet tożsamości postaci jest zabiegiem celowym autora. Z różnym oczekiwaniem od odbiorcy czy domyśli się o co chodzi, a często z celowym pozostawieniem tej kwestii jego decyzji. I tutaj uwidacznia się fakt, że odpowiedź na pytanie piąte jest kwestią tego jak poważnie traktujemy intencje autora. Najprostszą odpowiedzią jest więc – to zależy od tego czy A.C.Doyle traktował Holmesa i Watsona jako kochanków (w podobnym przypadku, jeden ze scenarzystów Batmana, Alan Grant, na pytanie czy jego bohater miał być homoseksualistą odpowiedział „Batman którego pisałem przez 13 lat nie jest gejem. Batman Denny’ego O‘Neila, Batman Marva Wolfmana, Batman wszystkich aż do Boba Kane‘a … nikt z nich nie pisał go jako homoseksualnego bohatera. Jedynie Joel Schumacher może mieć inną opinie„. Chyba najlepsze zdanie jakie czytałem w temacie, swoją drogą). Więc najprawdopodobniej nie, choć żeby zdobyć definitywną odpowiedź należałoby cofnąć się w czasie i  zapytać. Nie sądzę jednak byśmy byli zobowiązani aż do takiego bałwochwalstwa względem twórcy. Sądzę, że kwestie których nie możemy definitywnie rozstrzygnąć przez odwołanie się do dzieła, są kwestiami których interpretacja jest dowolna. Pozostawiona woli czytelnika. Więcej powiem, sądzę, że nawet w przypadkach kwestii których autor otwartymi nie zostawił (jak domniemana śmierć Holmesa) wystarczająco przekonywujący system interpretacyjny upoważnia czytelnika do przyjęcia odmiennej opinii.

By być bardziej upierdliwym wprowadzę tu jeszcze jedną kategorię. Nieprofesjonalnie zaczerpniętą z świata komiksu, kategorię uniwersum. Jako uniwersum rozumieć będziemy całość rzeczywistości w której funkcjonuje dany bohater w danej interpretacji. Wszystko co wydarza się w książce x wydarzy się też w książce y jeśli interpretowane są one jako część tego samego uniwersum u. Sformułowanie „interpretacja” wskazuje, że jedna książka i jeden bohater mogą należeć do różnych uniwersów. Istnienie i wewnętrzny układ tych uniwersów są kwestią decyzji ale są one możliwe do zewnętrznego uporządkowania. Żeby utworzyć jakąś mapę, rzeczywistość kanonu nazwijmy uniwersum n (uniwersum 1, 2, 3 etc.) . Jest to rzeczywistość zależna od konwencjonalnego postrzegania danej postaci, więc w miarę obiektywna. Uniwersum rozszerzające uniwersum kanonu nazwiemy uniwersum n.n. Uniwersum rozszerzające uniwersum poprzednie nazwiemy n.n.n etc. Jako, że nawiązywanie do apokryfów nie jest aż tak częste nie namnożymy sobie kropeczek, acz jakby co jesteśmy na to przygotowani. Konstantem w wewnętrznej organizacji uniwersów są dzieła (książki, filmy, komiksy, opery etc.), postacie oraz opisane zdarzenia, relacje i cechy. Należy tu zauważyć, że stawiając tak sprawę przedmioty  mogą w danym dziele istnieć bądź nie, w zależności od tego jako część jakiego uniwersum je rozpatrujemy. Tintin będzie lub nie będzie miał genitaliów w zależności od tego czy interpretujemy go jako postać z uniwersum n, czy jako postać z uniwersum n.1, do którego należy też rewizjonistyczny „Tintin w Tajlandii”. Zdarzenia mogą wychodzić z szarej strefy interpretacji i stawać się faktami. Holmes będzie gejem jeśli zinterpretujemy opowiadania o nim jako część uniwersum do której należą też książki w których jest to faktem.
No dobrze, ale co z kwestią relacji przedmiotów rzeczywistych z przedmiotami fikcyjnymi? Gdzie odpowiedź na pytania 1 i 3 ? Najprostszym rozwiązaniem jest stwierdzenie, że nie mamy tu do czynienia sensu stricte z przedmiotami rzeczywistymi. Świat Holmesa jest po prostu niemalże identyczną kopią naszego tylko, że z Holmesem w nim. Ale czy takie rozumienie oddaje sprawiedliwość naszemu myśleniu o Holmesie czy o innych postaciach których świat miałby być prawie identyczny z naszym? W ścisłym tego słowa znaczeniu Holmes nie mieszkałby wtedy na Baker Street, tylko na idealnej kopii Baker Street. Czy to na pewno poprawna odpowiedź? Co na przykład ze słynną tabliczką: „W tym miejscu stał dom w którym mieszkał Wokulski” na warszawskim Krakowskim Przedmieściu? Co z wycieczkami śladami Blooma w Dublinie? Nie ma co się oszukiwać. Nasza wyobraźnia umieszcza te postacie w świecie rzeczywistym, nie w jego idealnych kopiach. Rozwiązaniem tego problemu jest, jak sądzę, interpretacja naszej rzeczywistości jako Uniwersum 0. Uniwersum Holmesa staje się wtedy uniwersum 0.n, rozszerzeniem naszego uniwersum.
Sprawa wydaje się błaha ale ma ważkie konsekwencje. Sądzę, że to co powiedzieliśmy o interpretacjach powyżej odnosi się również do naszego uniwersum które wyróżnione jest tu głównie swoją pierwszą pozycją i naszą w nim obecnością. Struktura naszego świata jest strukturą luźną. Podobnie jak w uniwersach fikcyjnych, istnieją w niej konstanty i dzięki temu, że jest ona znacznie bardziej bogata niż jakikolwiek wytwór fikcji jest ich nieporównywalnie więcej (sądzę, że nazwać tak można każde empirycznie doświadczalne zdarzenie). Jednak istnieją też szare strefy. Takie rzeczy jak istnienie Boga, sensu życia, objawienie Matki Boskiej na kamieniu i miliard innych, są kwestią interpretacyjną. Bodajże, Russell kiedyś napisał, że jak ktoś chce na grzmienie mówić „Zeus się gniewa” to niech sobie mówi. Podzielam tą opinie choć nie podzielam pogardy z jaką została wyrażona. Jest prawdą, że w dziedzinie metodologii nauk powinniśmy kierować się pewnymi ścisłymi regułami (jak choćby zasada „uniwersum minimalnego”, tzn. popularna brzytwa Ockhama) jednak są to reguły zrelatywizowane do pewnego celu. Nie wiem dlaczego w innych sytuacjach mielibyśmy nie uznawać interpretacji nie tyle najprostszych co najładniejszych czy najbardziej inspirujących (czy jakich kto tam chce). Zapewne można te interpretacje zhierarchizować względem ich funkcjonalności czy wewnętrznej spójności ale tak samo można je hierarchiwizować względem choćby estetyki. Sądzę, że nie jest to też kwestia niezwykle abstrakcyjna. Porządkowanie faktów jest doświadczeniem dnia codziennego każdego człowieka. Każda odpowiedź na pytanie o życiowe priorytety będzie tak samo „nieracjonalna”. Znajduje się ona w „szarej strefie” interpretacji, poza konstantami tego uniwersum. Sama struktura naszego postrzegania świata jest strukturą interpretacyjną!
I to jest właśnie Radio Maya – uniwersum w którym żyjesz jako interpretacja Sygnału, nieuporządkowanego strumienia faktów. Przetwarzanie noumenów w fenomeny.

Tego się właśnie można nauczyć ze Scooby Doo.

Jak w westernie, czyli wstęp po długiej sekwencji początkowej

Posted in Uncategorized on Lipiec 16, 2009 by tombardamu

w tym rozdziale: o brakach świata * problemy estetów na dyskotekach * nie ma soli * złodzieje i kretyni * megalomania jako cecha ludzi wielkich * autor przeprasza za to, że żyje


Ci którzy wiedzą, wiedzą, ci którzy nie wiedzą, będą wiedzieć – jestem człowiekiem błyskotliwym. I jako człowiek błyskotliwy już jakiś czas temu odkryłem, że w świecie, mimo, że wypełniony jest całym mnóstwem rzeczy, spośród których wiele jest ładnych, pouczających, wzruszających i potrzebnych, a też wiele jest parszywych, do dupy, zupełnie zbędnych, krótko mówiąc chujowych, brakuje jednak dwóch elementów. Ich brak burzy całą harmonie, zachwiewa estetykę i kompozycje. Świat jest bez nich kulawy i upośledzony. Nie zrozummy się źle. Jest to świat w którym da się żyć, da się nawet żyć całkiem znośnie. Zakładam nawet, że niektórzy bardzo lubią, ubóstwiają wręcz. Grają w ludzkie gry, bawią się znakomicie. Jednak gdy tylko zauważy się ten defekt następuje zgrzyt, cała słodycz nabiera lekkiego ale irytującego posmaku goryczy.

Sprawa przedstawia się podobnie jak z estetą kontemplującym w klubie dziewczynę do rwania. Całkiem ładna, zgrabna figura, długie nogi, jędrne piersi. Nagle wzrok pada na paskudny pryszcz w kąciku ust albo lekką asymetrie nosa. „Nichuja!… jestem na to zbyt trzeźwy!”.

Tak proszę państwa, nie ma ekwilibrium! Świat ma dwa braki paskudne niczym blizny po ospie. Świat nie jest dość słony i brakuje w nim myśli, koncepcji i estetyki Toma Bardamu!

Truizmy? Być może. Z pewnością są to prawdy stare i o ile ścisłe sformułowanie problemu ukuło się w mojej głowie stosunkowo niedawno to ich przeczucie chodziło za mną już od małego. Od dzieciństwa zmuszony byłem dosalać wszystkie potrawy. Nawet przesolona zupa zdawała mi się (słusznie!) słona jedynie umiarkowanie. Mama zawsze powtarzała – „nawet nie spróbowałeś, a już solisz”. Cholera, NIE MA INNEJ MOŻLIWOŚCI, mamo! Za mała słoność jest faktem należącym do samej struktury naszego wszechświata. Nie muszę próbować by o niej wiedzieć. Bóg musi nienawidzić soli, schował ją pod ziemią i na dnach oceanów. Zdyskryminował ją! Odrzucił! (Sądzę nawet, że jest to dobrym przyczułkiem do systematycznej psychologii Boga. To, i jego niezrozumiałe zamiłowanie do ryby). Nawet nasza gramatyka nie uwzględnia wagi smaku słonego. Mówimy – „życie jest słodkie”, „gorycz życia”, „jaki skwaśniały koleś” etc. Ale dlaczego życie nie może być słone? Czemu nie ma słonych kolesi prowadzących słone życie? Czy nasz świat nie byłby, nie powiem lepszy, ale przynajmniej bardziej pełny, całkowity i wypełniony większą różnorodnością doświadczeń, gdybyśmy z radia słuchali piosenek o słonej miłości?

Nieco bardziej trzeba wytężyć wzrok by zauważyć drugi brak. W końcu, ze smutkiem, choć i pewną dumą, przyznam, nie każdy jest mną. Wielu ludzi mnie nie zna, a wielu spośród tych którzy mnie znają nie jest w stanie, z tych czy innych powodów, przebywać tyle ze mną ile by chciało, czy co ważniejsze, POTRZEBOWAŁO. Ale, jestem przekonany, każdy poczuł to kiedyś w żołądku. Wystarczy pobieżna lektura gazet czy przegląd kanałów telewizyjnych żeby zauważyć, że ludzie świata publicznego dzielą się na takich którzy kradną Bardamu pomysły i takich którzy przez nieznajomość tychże pozostają zabitymi ćwokami. Tak! A.J.Ayer ukradł mi krytykę argumentu języka prywatnego, a Rafał Ziemkiewicz refleksje o Jedwabnym. I to jedynie szczyt góry lodowej. „Ale zaraz? Jak bracia Whright mieliby ci ukraść koncepcje samolotu, a Albert Einstein dwie teorie względności? Przecież ty się na tym zupełnie nie znasz!” Fakt, ale mógłbym się znać. To, że w roku 2009 nie znam się na budowie samolotu nie znaczy, że bracia Wright mają prawo kraść mi ten pomysł sto lat wcześniej, do diaska!

Tak, proszę państwa, ten za mało słony świat składa się ze złodziei i idiotów. Całego świata sam nie posolę, kretynizmu i złodziejstwa też nie wykorzenię ale mogę przynajmniej zabezpieczyć swoje interesy. Ten blog czynię więc niniejszym pomnikiem mojej zajebistości, wehikułem idei oraz bankiem koncepcji i przeróżnych schorzeń intelektualnych, które od czasu do czasu mnie nękają. Uwagę tych trzech osób które tu wejdą w przypływie nudy graniczącej ze stanem śpiączki oraz system datowania WordPressu czynię ekwiwalentem odpowiedniego papierka z urzędu patentowego. Żeby, gdy za 20 lat ten świat chuj strzeli, albo gorzej jeszcze, obudzimy się i będzie dalej taki sam, mógł z czystym sumieniem i pogardliwym uśmiechem powiedzieć „A nie mówiłem?”, a wy nie będziecie mi musieli wierzyć na słów.

W każdym razie, tak, będzie nudno. Długie brednie jak powyżej, kiepską ironią kamuflujące wylewający się egocentryzm, megalomanie i narcyzm, obrazki, może czasem jakiegoś linka albo recenzje. Tego możecie się spodziewać. Ale, hej, nie wińcie mnie i nie uciekajcie jeszcze. Cały internet zbudowany jest na egocentryzmie i ekshibicjonizmie. Nie ma się czego wstydzić. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszystko to już widzieliśmy. Niektórzy nawet setki razy, dogłębnie i z różnych pozycji. Z przodu, z tyłu, góry, dołu, lewa, prawa, w łóżku, łazience, toalecie, kuchni, parku i dworcowym kiblu. Zawsze możecie liczyć na moje lenistwo i brak organizacji. Dajcie mi dwa tygodnie a blog padnie. Zaufajcie mi. Dwa tygodnie i możecie iść w cholerę.

O tytule innym razem.

Menu na Jutro

Posted in Uncategorized on Lipiec 16, 2009 by tombardamu

food

to terytorium zostało zajęte

Posted in Uncategorized on Lipiec 16, 2009 by tombardamu



Storm The Moon Palace

Originally uploaded by Tom Bardamu